POŻAR RAFINERII...


40 rocznica  pożaru Rafinerii Nafty w Czechowicach-Dziedzicach.

Po upalnym letnim dniu 26 czerwca 1971 roku  wieczorem przeszła burza z wyładowaniami atmosferycznymi, w następstwie których ok. godz. 19.30 zapalił się zbiornik z ropą w Rafinerii Nafty w Czechowicach-Dziedzicach.

Kierownictwo zakładu widząc, czym grozi pożar, wezwało szereg ZSP z fabryk przemysłu chemicznego, m.in. z Jaworzna, Blachowni Śląskiej, Trzebini i innych. Kierownictwo akcji objął komendant zakładowej ZSP. W sukurs pośpieszył powiatowy komendant Straży Pożarnej kpt. E.Zabłocki, znajdujący się w Czechowicach. Nadjechały OSP miejscowe, z Komorowic, Mazańcowic, Ligoty, Bestwiny i innych miejscowości. Przybył oddział Wojska Polskiego. Wsparły je w walce z ogniem ZSP Bielsko-Biała oraz sekcje zakładowych straży z Bielska.

Akcja polegała na intensywnym chłodzeniu położonych w pobliżu zbior­ników i natarciu prądami piany na źródło ognia.Ogień nie ustępował, rósł, szalał, chmury dymu przelewały się nad Czechowicami. W ulice miasta wpadały z impetem coraz to nowe czerwone wozy gaśnicze i specjalne. Kierowanie akcją przeszło w ręce wojewódz­kiego komendanta Straży Pożarnych z Katowic – płk S.Komorowskiego.

Ze względu na powagę sytuacji w Prezydium MRN utworzono punkt dyspozycyjny, którego zadaniem była ewakuacja rodzin zamieszkałych na tere­nach sąsiadujących z rafinerią. / Jak wykaże dalszy bieg wypadków powo­łanie tej komórki było słuszne i celowe/.

W Czechowicach zjawiły się młode twarze mężczyzn i dziewcząt z za­kładów OZOS w Olsztynie i ZFG Grudziądz. Przybyli do Bielska-Białej, aby wziąć udział w zawodach, które miały być zorganizowane dla OSP przemysłu chemicznego. Sekcje te stawiały się na miejscu akcji. To praca nie dla dziewcząt? Ale one nie chcą odejść. Spod niejednego hełmu wymyka się kosmyk włosów. To członkinie tere­nowych OSP. Przybyły tu ze swoimi braćmi, ojcami, kolegami. Czy ci ludzie zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa, które im grozi? Że każda minuta, każda sekunda może być ostatnią w ich życiu? Wiedzą, ale się nie cofną. Nie odejdą, bo są strażakami, bo bronią przed zniszczeniem całego zakładu, całego miasta. W pobliżu płonącego zbiornika znajdują się inne - również z ropą, obok zbiorniki z acetonem, benzenem.

Strażacy i zawodowi, i ochotnicy znają swoją rafinerię. Członkowie OSP i tego, i sąsiednich powiatów są pracownikami wielu fabryk, zakładów o produkcji bardzo często niebezpiecznej pożarowo. I dlatego z taką zaciętością walczą z ogniem. Przewidują, co się stanie, jeśli pożar rozprze­strzeni się. Nastąpi zagłada miasta.Migocą niebieskie światła, wyją syreny. Zjeżdżają plutony z Zabrza, Chorzowa, Częstochowy. Przybywa pomoc z województw opolskiego i krakows­kiego.

Zbliża się północ. Nad zbiornikiem nadal kwitnie pióropusz ognia.W wałach ochronnych zauważono przecieki ropy. Żołnierze tamowali te przecieki workami z piaskiem. Na drabinie mechanicznej tkwi D.Kliś z Bielska. Operuje prądem wody, skierowanym na bronione zbiorniki. Kilku jego kolegów weszło na pomo­sty zbiorników i polewało je wodą.

Sytuacja choć bardzo groźna, nie zapowiadała jeszcze tragedii, mają­cej nastąpić za chwilę. Niedziela, 27 czerwca, godzina 1.20. Ze zbiornika wyleciał gejzer płonącej ropy. Po paru sekundach nastąpiła detonacja. Zapaliły się sąsiednie zbiorniki. Wyrzuty ropy sięgały dwustu metrów. Cudem nieomal ocalał kpt. Zabłoci, D.Kliś zdążył zsunąć się z drabiny, płk  S. Komorowski stał obok swego wozu dowodzenia. Wóz w mgnieniu oka zamieniony został w kłąb płomieni. Nie wszyscy zdążyli się cofnąć.

"Człowiek umiera w   byle jakiej chwili swego życia" - napisała nie­gdyś Zofia Nałkowska.

Oni byli blisko, zbyt blisko ognia. A to trwało sekundy. Zniszczeniu  uległo 16 wozów gaśniczych i specjalnych, linie wężowe. Dziesiątki ludzi rannych i poparzonych odwożono do szpitali. Po pew­nym czasie na morze ognia ponownie spadać zaczęły płaty piany. Prądy wody znów ochładzały sąsiednie zbiorniki. Ludziom udało się opanować panikę, uruchomić akcję od nowa, zacząć kontratak. Ratowano majątek miliardowej wartości, ratowano miasto i jego mieszkańców.

Straszliwą treść zawierał pierwszy meldunek. Zginęło 7 strażaków i 7 żołnierzy WP. A potem co godzinę do listy zaginionych przybywały nowe nazwiska, aby dojść do liczby 33. Zginęła Halina Dzida z OSP Mazańcowice, śpiesząca na stanowisko gaśnicze. Zginął starszy sierżant WP Władysław Gryglas, ratując swego podwładnego. Zginął st. ogniomistrz Czypczar z Zabrza i cała niemal sekcje ZSP rafinerii Czechowice, ochotnicy: W.Jonkisz, Józef Slósarczyk, Władysław Niemczyk i wielu, wielu innych.Słowa - padli na posterunku - są krótkie, ale zawierają głęboką treść. Oznajmiają, że ci, co odeszli, spełnili swój zawodowy lub społeczny obowiązek do ostatka, tak jak żołnierze podczas działań wojennych.

Z Warszawy wyjechał do Czechowic komendant główny Straży Pożarnych płk Z.Jarosz ze swym zastępcą płk A.Gatlikiem oraz grupą oficerów. Wydano decyzje skierowania do pożaru wozów specjalnych oraz większych ilości chemicznych środków gaśniczych. Pomknęły na Śląsk samochody z Tarnowa, Płocka, Jedlicza, Tarnobrzegu, Warszawy. Przyjechało również kilka sekcji z Czechosłowacji. Wobec wzrastającego zagrożenia rozpoczęto ewakuację ludzi zamiesz­kałych na ulicach Febrycznej i Bolesława Prusa. Blisko tysiąc osób umieszczono w szkołach, w budynkach hoteli robotniczych, w siedzibie MRN. Milicjanci dwoili się i troili. Kierowali ludzi na kwatery. Zabezpieczali opuszczone domy. Regulowali wzmożony ruch. Odwozili rannych. Obok ochronnych bluz strażackich, widniały zielone mundury żołnierskie i popielate milicyjne. Mieszały się one z cywilnymi ubra­niami pracowników rafinerii.

Na razie zwyciężał żywioł. Pomimo przybywania coraz to nowych sił i środków, nad miastem nadal wisiały czarne chmury dymu. W szpitalach Bielska-Białej i Katowic toczyła się inna walka - o uratowanie życia najciężej poparzonych i rannych. Jeden z nich zmarł. Lista ofiar powiększyła się o nowe nazwisko. Wszystko, czym dysponuje nowoczesna medycyna rzucono do batalii o życie bohaterów.

Do Czechowic przybył w niedzielę I sekretarz KC PZPR - Edward Gierek. Zapoznał się z sytuacją oraz odwiedził rannych w szpitalach. W godzinach popołudniowych nastąpiła nowa eksplozja. Zagrożenie trwało nadal. Minęła pierwsza doba akcji. Jedna doba ma 24 godziny, a każda z nich dla ludzi walczących z pożarem oznaczała czas trwania wobec ściany ognia, kiedy brakowało tchu, kiedy pękała od żaru skóra na twarzy i rękach, kiedy z zachry­pniętego gardła nie mógł wydobyć się żaden dźwięk.Ludzie ze straży: zawodowych, ochotniczych, zakładowych i tereno­wych, oficerowie, podoficerowie, szeregowi, funkcyjni. Kiedy luzowano ich, padali niczym martwi na ziemię. Spożywając posiłki, zasypiali. Wiedzieli, że gdy trochę odpoczną, znów pójdą na stanowiska, zmienić tych, którzy ich teraz zastąpili. Trudno jest mówić o wyróżniających się. Swoje zadanie - przekracza­jące zda się siły ludzkie – spełnili wszyscy. Nie śpiąc po dwie doby, ryzykując w każdej chwili życiem.

Powoli mijał poniedziałek. Dowództwo przygotowywało się do gene­ralnego natarcia. Gromadzono środki i siły. Nie zaskoczyły nikogo nowe eksplozje z poniedziałku na wtorek. Wprawdzie znów chwilowo wzrosło zagrożenie obiektu i miasta, ale opa­nowanie i męstwo wykazane przez walczących z ogniem strażaków uchroniło zakład przez zniszczeniem. Słup dymu widoczny był nadal z odległości kilkudziesięciu kilometrów.

Wtorek, godzina 15.05, Do Czechowic przybyli przedstawiciele najwyższych władz. Nadjechała nowa kolumna wozów czechosłowackich. Z Ostrawy, Frydka­-Mistka. Nasi przyjaciele pomogą nam w ostatecznym zwycięstwie. Wszyscy nie bezpośrednio zaangażowani w akcję odsunęli się dalej. Blisko płonących zbiorników - agregaty, pianotwórcze prądownice, dział­ka; przy nich strażacy. Twarze mają zacięta i skupione.Przez megafony padają słowa komendy. Ryk silników. Setki metrów sześciennych piany spada na ogień. Wiatr znosi jednak lekką pianę. Mimo to strażacy podsuwają się coraz bliżej. Mijają godziny pełne napięcia. Jeszcze nie wiadomo czy nie nastąpi nowy wybuch. Niknie płomień, maleje słup dymu. O godzinie 17 w eter płynie komunikat: Pożar w rafinerii Czechowice-Dziedzice został ugaszony!

Widok miejsca pożaru jest wręcz niesamowity. Poskręcane kłębowis­ka szyn i urządzeń rafineryjnych, szkielety zniszczonych wozów, zwę­glone drzewa, spalona ziemia.Straty materialne będą olbrzymie. Ale natychmiast po pożarze zapada decyzja szybkiej odbudowy zniszczonych urządzeń. Zakład w krótkim cza­sie osiągnie pełną moc produkcyjną. Miasto wróciło do normalnego życia. Jego mieszkańcy odetchnęli.

Za spokój Czechowic, za pracę obywateli tego miasta zapłaciło życiem 34 ludzi. A cena ludzkiego życia jest niewymierna.

W szpitalach nadal walczą ze śmiercią czterej najciężej ranni. Po zakończeniu akcji gaśniczej jej uczestnikom słowa najwyższego uznania i podziękowania przekazali sekretarz KC PZPR Tadeusz Kania i wiceminister Spraw Wewnętrznych - Bogusław Stachura. W Czechowicach-Dziedzicach tłumy ludzi uczestniczyły w pogrzebie 9 bohaterów poległych w walce z żywiołem. W tych smutnych uroczystościach wzięli udział m.in. członek Rady Państwa, przewodniczący FWRN w Katowicach gen. J.Ziętek, I sekretarz KW PZPR Z.Grudzień, prezes ZG ZOSP mgr M. Domagała, komendant główny Straży Pożarnych płk.Z.Jarosz, wiceprezes ZG ZOSP R.Bonawenturski.

W Olsztynie, Bielsku, Grudziądzu, Mazańcowicach, Jeleśni, Kaniowie, Bestwinie, Kaczynie, Zabrzu i innych miejscowościach z żalem odprowa­dzano na miejsce wiecznego spoczynku prochy bohaterskich strażaków i żołnierzy.

Pamięć o Nich przetrwa każdą próbę czasu.

 

 

źródło: KRONIKA OSP MAZAŃCOWICE